Strona:Jan Biliński-Nauczanie języka polskiego.djvu/074

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i była ogromnie zdziwiona, gdym zwrócił na to uwagę. Jak często się zdarza, że dźwięki ś — rz, ć — cz, wypadają z ust dzieci jakieś przytłumione, słabo zróżniczkowane, że między szcz a strz niema różnicy! Często dźwięk jakiś zostaje połknięty, wymowa wyrazu uproszczona, a nauczyciel zupełnie nie dba o to, by każdy dźwięk został należycie zartykułowany, by istotnie czynne były te narządy mowy, które dany dźwięk tworzą, by się otwierały usta, by dziecko nie mamrotało, nie szepleniło, nie rzucało wyrazów na siebie, tworząc jakieś ledwo zrozumiałe, gdy się słucha tylko, dźwiękowe dziwolągi.
Przez poprawność należy także rozumieć odsuwanie młodzieży od właściwości gwarowych, a zbliżanie jej do cech mowy inteligencji. Nie będziemy robili kwestji o to, czy h jest dźwięczne czy bezdźwięczne, czy ł jest przedniojęzykowe, czy wargowe, czy u i ó są identyczne czy nie, (należałoby walczyć z gardłowem r, gdzie ono jest pod wpływem niemieckim zadomowione, choć to walka bardzo ciężka); ale w zachodnich ziemiach Polski musimy słyszeć, że uczeń mówi dobry matki, zamiast dobrej, że mówi zaczyło, zamiast zaczęło, we wschodniej Małopolsce musimy słyszeć, że uczeń mówi sobi, zamiast sobie, si zamiast się, idzi, zamiast idzie, itd.
To jednak nie wszystko. To narazie tylko poprawność niejako materjalna. Drugi, wyższy stopień poprawności, który musi być bezwarunkowo osiągnięty, to czytanie bez monotonności i zawodzenia, należyte uwzględnianie znaków przestankowych i przestanków logicznych, i należyte akcentowanie. To napozór łatwe, w rzeczywistości wcale trudne, jeżeli nauczyciel nie przeszedł odpowiedniej szkoły. A każdy nauczyciel języka polskiego powinien bezwzględnie przejść porządny kurs dykcji, to powinno być integralną częścią