Przejdź do zawartości

Strona:Józef Weyssenhoff - Jan bez ziemi.djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
—   275   —

 — Czekam od miesięcy na odpowiedź pani.
 Dosię przejął dotkliwie ten wyraz „pani“, już między nimi niezwykły. Zgasiła odrazu uśmiech i odrzekła niecierpliwie:
 — Ach, to ten pomysł mojego ojca, żeby wymusić od pana formalną deklarację? Nigdy się na niego nie zgodziłam.
 — Można było jednak coś mi dać znać.
 — Przecie wuj Ambroży zachorował tak niebezpiecznie!
 — Zapewne. Ale jest telefon między Gdeczem a Radogoszczą, gdzie czekałem dni dziesięć.
 — I bawił się pan doskonale, pijąc z ojcem i tańcując na imieninach w Topielnie.
 — Widzę, że pani dbała specjalnie o to, żebym się martwił, bo nawet gdy Ambroży już wyzdrowiał, chwała Bogu, nie dała mi o sobie najmniejszej wieści — upływa już trzeci miesiąc.
 — A pan chciał, żebym mu się oświadczyła?! — zawołała Dosia ze złym błyskiem w oczach.
 Jan spojrzał w te oczy wcale nie poddańczo, owszem stanowczo i wyniośle.
 — Uspokójmy się, panno Dosiu. Proszę zważyć, że mnie należała się jakakolwiek odpowiedź, a gdyśmy się widzieli po raz ostatni, już strasznie dawno, tu w Bazarze, rozstaliśmy się w niejakiej... przyjaźni. Liczyłem na nią długo.
 — A teraz już pan nie liczy?

 — Muszę wiedzieć, co pani o mnie myśli, bo inaczej nie wiem, co mam myśleć o pani.