Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Książę siedział w krześle ponury. Jakby się spodziewał tych odwiedzin, nie zdziwił się niemi, zachmurzył tylko.
— Dziecko moje, syn mój! zawołała wpadając matka.
— Czego chcecie? nie rozumiem was mościa księżno, rzekł zimno Sołomerecki.
— Dziecko moje, porwane przez was, gdzie jest? oddajcie mi je.
— Powtarzam, że was nie rozumiem.
— Dziś w nocy pochwycono mego syna, książę — zlituj się nademną — wróć mi go.
— Kto pochwycił syna waszego? z wyraźną niespokojnością zrywając się rzekł książę. Pochwycono go, powiadacie?
— O! nie udawajcie na Boga, nie chciejcie matki oszukać — książę.
— Nie oszukiwałem w życiu nikogo, dumnie odparł Sołomerecki. Nie wiem gdzie jest syn wasz, gdybym go porwał i gdybym wiedział o nim, nie taiłbym się przed wami, jak się nie taję, że chcę go mieć w ręku i że mu zgubę gotuję.
— Weźcie wszystko książę — wszystko — a oddajcie mi syna.
— Ale ja nie wiem gdzie jest ten podrzutek! zawołał książę. To nowy wybieg wasz, dodał po chwili namysłu. Umieściliście go u wojewody dla tego, że Zborowscy są przyjaciołmi memi, teraz samaś go pewnie odesłała, kędy? nie wiem, aby ukryć przedemną i upominasz się go u mnie, dajcie mi pokój.
— Wszystko co mam za syna mego!
— Wszystko co W. ks. Mość masz nie może zapłacić hańby imieniowi wyrządzonej. Ale ja nie wiem gdzie on jest.