Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


VII.
WYZWOLONY.

Nazajutrz rozpacz była w domu księżnej, a gniewem wrzał wojewoda. Ponieważ nikogo innego posądzać nie było nawet można o pochwycenie pacholęcia, tylko księcia Sołomereckiego, wojewoda rozesłał szpiegi swoje, rozstawił podle mieszkania jego ludzi i kazał kroki śledzić. Nie tyle mu może o dziecię, co o obrazę własną, co o skarcenie zuchwalca, który na jego dworzanina śmiał się porwać, chodziło. Wojewoda siwe brwi marszczył i stukając w stół pięścią wołał, że nie daruje winnemu, gdy go odkryje. Księżna płakała. Z rana zaraz udała się do Firleja, on jej przyrzekł pomoc i w istocie pracował gorliwie, aby wynaleźć dziecię; ale to matki zaspokoić nie mogło.
— Dziecko moje, syn mój, wołała, o Boże mój, o Boże, ratuj je, ratuj mnie, zlituj się nademną!
I obłąkana, z pałacu wojewody rozkazała się wieść do księcia Sołomereckiego. Dworzanie szydersko się kłaniając wdowie, otwarli jej podwoje.