Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


całe gardło śmieli, tak klęli, że dla nich widocznie złudzenie było całkowite.
I nowa też składka zaraz się dla żaczków zsypała w czapkę. Ciżba poczęła się wysuwać na ulicę z gospody. Dworzanie pana wojewody już wychodzić mieli, gdy Marcinowa chwyciła silnie za rękę Sołomereckiego.
— A to wy?
— Poczekajcie na miłość Bożą.
— Co chcecie?
— O was tu chodzi...
— Cóż takiego? Co takiego? spytali dworzanie inni.
Marcinowa tajemniczo położyła palec na ustach i uprowadzając nieco w stronę księcia, rzekła mu:
— Nowy spisek na was się knuje, tylko co dwóch ludzi za mną stojących umawiali się jak was przy wyjściu z gospody pochwycić. Bądźcie ostrożni.
— Co to? co to? przypadając spytał Urwis, który uradowany składką, nadbiegł pomówić z dawnym towarzyszem. Rozumiem, pewnie znowu Lagus, lub jemu podobni.
— Coś takiego.
Dworzanie w chwili się naradzili.
— Zasadzić się na nich.
— Niech dwóch wynijdzie naprzód i zasiądzie.
— Ja, wychwycił się Urwis, porywając za kij z kąta.
— Wy, rzekł Szpet do Sołomereckiego, we środek.
— Mam przecie szablę.
— Dajcie jej pokój, teraz nie czas jej używać. Pozwólcie się nam pobawić.
Naradziwszy się, Urwis z dwoma ze dworu wyszedł; udając odchodzących do domu, zastanowili się niedaleko i czatowali na zasadzonych. Ale nikogo widać nie było.
Po chwilce Sołomerecki z resztą towarzyszów wy-