Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i powiem wszystko.
— Niech ci Pan Bóg nagrodzi, bo bym się spaliła od ciekawości.
Gdy się to dzieje, w drugim końcu izby dwóch ludzi spina się na palce, włażą na ławę i wskazując ręką na Sołomereckiego, szepczą:
— Oto ton! gdy w tłumie wychodzić będzie, zarzucić mu płaszcz na głowę, zatulić gębę i za mną...
— Dobrze, ale jeśliby dworzanie...
— Ciemno w ulicy, uważajcie tylko dobrze który i szybko z nim potem...
Ale oto szopka już ustawiona, świeczki pozapalane, nad nią kręci się jasna gwiazda, Urwis pokłonił się z za teatru znajomemu swemu Stanisławowi, i rozpoczynają.
Koza kręcąc głową stoi z jednej strony, niedźwiedź z drugiej. — Koza co raz to poskoczy ku Jagusi, a Jagusia ciśnie się do matki i krzyczy ze strachu, a przytomni się śmieją.
Widzicie naprzód żłób, stajenkę, w żłobie leży dzieciątko spowinięte, obok niego Józef święty sparty na lasce, klęczy tuż Matka Boża. — Wchodzą prowadzeni przez anioła pasterze i kłaniają się. Wół i osiół pochylili głowy nad ubogą kolebką Zbawiciela, i wedle słów pieśni rozgrzewają oddechem chłodne powietrze zimnej szopki...
Wszyscy poklękli i śpiewają:
W żłobie leży
Potem: Anioł pasterzom mówił
Potem: A cóż z tą dzieciną będziem czynili?
Braciszkowie mili, że się nam kwili,
Zaśpiewajmy mu wesoło i. t. d.