Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A bo co?
— To ja, to ja...
— To wy? to być nie może. — A któż wy jesteście? a dla czegoż?
— Długa to historja, odpowiedział Staś, dziś mam matkę, jestem dworzaninem pana wojewody, ale nigdy — o nigdy nie zapomnę waszej jałmużny.
Marcinowa rumieniąc się z poczciwego wstydu, odbąknęła:
— Nie ma tak o czem pamiętać!
— Kto to taki? spytała stojącego obok dworzanina.
— Kniaź Sołomerecki!
— Książę!
— Tak jejmościuniu, ale widać że się znacie zdawna.
— Jakże! w Imię Ojca i Syna, tażem ja mu dała była jałmużnę!
— Kiedy był żaczkiem...
— Tak! ale powiedzcież mi, jakim sposobem on — książę — tak był opuszczony? nie pojmuję, przecież ma matkę...
— O! to strasznie długa i zawikłana historja, odpowiedział spytany.
— Wyobraźcie sobie pani Janowa. — Ale ja muszę się tej tajemnicy dowiedzieć koniecznie. — Wszak to ja księciu dałam jałmużnę, pamiętacie, wówczas, gdyśmy razem za miasto wyszły...
— Nic nie pamiętam.
— Na Boga narodzonego, to osobliwsza historja. — Gdyby mi nie wstyd, prosiłabym tego książątka, żeby mi opowiedział.
Sołomerecki dosłyszał tego i obracając się ku mieszczce, rzekł — przyjdę kiedy do waszego straganu