Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


każdy dobył pieniądz z kieszeni, otulił się opończą lub futrem, wybrał miejsce, oczekiwał dramatu. — Żacy, którym przewodniczył Urwis, zajęli miejsce pod bramą domostwa, ale zważając na ostry wiatr cofnęli się za zgodą wszystkich do gospody otwartej. Tam w kącie izby, w jednej chwili napełnionej ludem, stanęła szopka na stole. — Do koła przodem panowie dworzanie, dalej słudzy ich, mieszczanie i tłum widzów ciekawych. Nigdy w naszych teraźniejszych teatrach tak głębokie nie panuje milczenie, tak zaostrzona nie oczekuje na widowisko ciekawość. Scena ta maleńka, lalki co na niej grają drewniane, pożycza im wyrazów żak prosty, a tak się wszyscy patrzeć i słuchać gotują — aż miło.
Obejrzmy widzów, jak postawali na palce, powyciągali szyję, pootwierali oczy. — Pani Marcinowa z córką Jagusią ciśnie się nie lękając dworzan do pierwszego rzędu, ufa w posiłek pani Janowej, która jej towarzyszy. Twarzyczka wdzięczna Jagusi, różowej, białej z siwemi oczkami dziewczynki, więcej pomogła tu niż łokcie i kułaki Marcinowej; a z córką przypuszczono i matkę do pierwszego rzędu, jako malum necessarium.
Z podziwieniem ujrzał Staś, teraz dworzanin już i pobożne chłopię, poczciwą Marcinowę. Nie zapomniał on jałmużny co mu pierwsza na wejście do stolicy serca dodała i zbliżył się do przekupki.
— Nie poznajecie mnie? rzekł do niej.
Mieszczka zrobiła wielkie oczy, pociągnęła ku sobie córkę i spytała...
— A bo co?
— Pamiętacie tego żaczka, któremuście dali gomółkę płaczącemu i modlącemu się za miastem?