Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Takich pieśni prawdziwie wesołych, radosnych, śpiewano mnóstwo, i jak u grobu Zbawiciela jęczał żal Matki i płacz chrześcjańskiej duszy, prostemi ale poetycznemi wydany słowy, tak u żłobu śpiewał świat cały ptaszęcym głosem wesela.
Musieli ojcowie nasi mocno być wiarą przejęci, gdy stworzyli te pieśni nabożne, jakim równych nie ma podobno żaden naród. Niektóre kantyczkowe, tak niesłusznie wyszydzone śpiewy, są arcydziełami uczucia i poruszają bardziej, niż najszczytniejsza modlitwa. Są one śmieszne dla tych tylko, którzy nigdy wiary nie mieli, uczucia ocenić nie potrafią i wszystko czego nie pojmują zbywają szyderstwem.
Wesoło, ochoczo, śmiejąc się, winszując, lud płynął z kościołów, przy odgłosie dzwonów zwiastujących Narodzenie Boże. Żacy wrzeszczeli kolędę — dziadowie kolędę śpiewali, całe miasto kolędowało.
W jedną stronę szli Bursarze niosąc ogromną gwiazdę z papieru woskowanego, oświeconą wewnątrz; w drugą ze śpiewem i chichotaniem posuwały się jasełka, za niemi skakał żak przebrany za kozę, drugi za konia, trzeci za niedźwiedzia, czwarty za niedźwiadnika cygana.
Był to początek tylko owychperegrynacyj jasełkowych, które się od pierwszego dnia święta przedstawiały potem kilka tygodni. Pomimo mrozu i późnej nocy, wesoła ciżba dworzan pana Firleja i połączonych z niemi znajomych zatrzymała się śród ulicy, gdzie żacy stanęli pod kamienicą z szopką.
— Zrzućmy się, zawołał Szpet, niech nam jasełka pokażą.
— Dobrze, dobrze — ozwały się głosy zewsząd i