Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rogowemi i papierowemi w ręku spieszyli na mszę Pasterską. U drzwi kościelnych dźwięczała pieśń dziadowska i wołanie o jałmużnę.
Na ciemnem tle nieba wyiskrzonego mrozem, ale bez księżyca, mrugały gwiazdki blade, tajemniczo w ziemię patrząc.
Wiatr dął ostry od północy — dachy spiczaste od kamienic bielały śniegiem, skrzypiał on pod nogami idących, a chorągiewki wież i ganków szeleściały obracając się.
Tłumy żaków z pieśniami przebiegały ulice; więcej jeszcze cisnęło się do kościołów. Poczęła się msza Pasterska. Na Gloria, z chórów kościelnych ozwały się wedle zwyczaju głosy żaków naśladujące spiew ptasi, ryczenie zwierząt, zadęły fujary chłopskie.
Obrzęd ten z wielą innemi dziś zarzucony, powiadać miał, że się narodził Pan, którego wszelki zwierz chwali, któremu wół i osioł służyli pierwsi, pierwsi uklękli przed nim, któremu pastuszkowie pokłonili się przed innemi.
Dziś by to może śmiesznem się zdało, i wówczas już szydzili z tego reformowani, ale lud rozumiał znaczenie głosów i modlił się goręcej słysząc je.
Zawieszone w kaplicy jasełka, do których po mszy lud się cisnął, wyobrażające dziecię Jezus w żłobie, Józefa i Marją przy nim, świeciły zapalonemi do koła świecami, wyjawione zostały po wszystkich zwłaszcza zakonnych kościołach.
Około jasełek stara nasza pieśń brzmiała, pełna prostoty i wdzięku:
W żłobie leży
Któż pobieży i t. d.