Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


obchodzili dnie uroczyste wedle starych zwyczajów. W dzień wilii Bożego Narodzenia osobny stół nakryto dla katolików dworzan, któren piękna i młoda Mniszchówna, ostatnia Firleja żona, z domownikami swemi zajęła.
Ukazały się gwiazdy na zimowem niebie, nakryto do stołu i złamaniem opłatka, życzeniami szczęścia, poczęła się skromna przy pewnym wytworze uczta chrześcjan czuwających i oczekujących Narodzenia Bożego.
Nadchodzące święto rozweselało wszystkich, i pomimo uszanowania dla pani wojewodzinej, która zresztą sama z ciężkością powagę matrony z młodemi laty swemi pogodzić mogła, dworzanie na szarym końcu uśmiechać się i w pół cicho mówić poczęli. Późnym już wieczorem wstano od stołu, ale nikt z katolików spać iść nie myślał, zebrali się starsi i młodsi do Sołomereckiego, którego pokochali od razu i oczekiwali godziny mszy pasterskiej.
Dawniej zwłaszcza w miastach, uważano za obowiązek znajdować się na tym obchodzie nocnym, z którego winszując sobie, wesoło rozbiegano do domów spocząć do ranka.
Dworzanie katolicy księcia wojewody, trzymając się zwyczaju, zebrali się także w projekcie udania do kościoła. Około północy ruszyli wszyscy, razem z panią wojewodziną, która do kościoła Panny Marji jechała.
Ulice Krakowa nie spały. We wszystkich oknach gorzały światła, nikt prócz reformowanych (i to nie wszystkich) nie zasnął, dzwony odzywały się z wysokich wież kościelnych, okna domów pańskich smugami żółtego światła przerzynały czarnej nocy oponę. Konni, jezdni, piesi, rozmawiając, z pochodniami, z latarkami