Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie i ludzie pomęczeni byli, a co gorzej wódz i naczelnicy wszyscy pomięszani świeżą stratą, która zupełnie szyki popsuła i z napastników zmieniła ich na broniących się już tylko napaści. Postrach stał się wielki, ale mimo to Tatarzy nie zaraz rady dali taborowi. Jakkolwiek Polacy z wieczora dopiero wczoraj nadeszli, ani się oszańcować, ani miejsca wybrać mogli dobrego, szczęście im posłużyło, że się przyparli do szczątków starego trajanowego wału, który jako tako z jednej strony ich zasłaniał. Z drugiej były pławnie dniestrowe, któremi chyłkiem śród zalewów znajomych, ruszyli się Tatarzy. Jakkolwiek naprędce rozbity obozik, otoczony był jednak wedle zwyczaju wozami, połączonemi łańcuchy. Tatarowie niezręczni, w kilka tysięcy często taborowi podobnemu z kilkuset ludzi rady dać nie umieli.
I tu tak się stało z początku. Skoczywszy na strzał Orda, harcować poczęła do koła, ale przed silnym ogniem za wozami ukrytych żołnierzy ustępować kilkakroć musiała. Sołomerecki zagrzewał swoich, aby się trzymali, a widząc otoczonym zewsząd, myślał nad wieczór, porzuciwszy wozy, przerzynać nazad. Niektórzy radzili wpław Dniestr przebyć i uciekać. Ale ogromnie rozlane wody wiosenne myśleć nawet o tem nie dozwalały, a w razie możności nie wiele by to posłużyło, gdy z drugiej strony Jedyssańska Orda, koczująca niedaleko, napaść ich zaraz w stepie mogła.
Zamknięci w obozie swoim, umacniając go ile możności, Polacy odstrzeliwali się Tatarom, którzy ze swojej strony krążąc nieustannie w koło, zasypywali oblężonych strzałami i posuwali się coraz bliżej, starając zapalić wozy taboru.