Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pomimo przebiegłości napastników, którzy idąc na kraj obcy i wracając, doskonale umieli ślady za sobą zacierać, mnożąc je tak, aby niepodobna było rozeznać w którą stronę się udali, gdy obciążeni łupem, nową drogą dla większych zaborów wracali, pożarne łuny i dymy zdradziły Tatarów. Sołomerecki napróżno usiłując ich z tej strony Dniestru dognać, musiał się przeprawić niedaleko Chocima i puścić ku Budżakowi za Ordą.
Tatarzy, połączone Ordy Budżacka i Jedyssańska, zmykali ku Białogrodowi, trzymając brzegu rzeki i gęstych zarośli rozciągających nad Dniestrem. Codziennie pogoń była bliżej, ale dopędzić nie mogła uciekających żwawo.
Nareszcie niedaleko Tyhina (Benderu) wieczorem dnia wczesnej wiosny, ujrzano tylne straże Tatarów, ale nie pora była stoczyć z niemi bitwę. — Noc nadchodziła, deszcz lał, ziemia stepowa oślizła, koniom i ludziom więziła nogi i stąpić śmiało nie dawała. Tatarzy zdawali się znużeni i nie obracając ku pogoni, padli obozem z tamtej strony miasteczka Tyhina z jeńcami razem. Jeńcy i łup jeszcze nie byli podzieleni, odzyskać ich można. Sołomerecki wysłał część swoich, aby puściwszy się stepem okrążyli nocą obozowisko i z tamtej strony od Białogrodu razem z nim nazajutrz uderzyli. Sam chciał zająć półkolem Tatarów tak, aby ich do Dniestru przyprzeć. Ale na to siły mu nie wystarczały, więcej jednak ufając odwadze niż liczbie, od zamiaru nie odstąpił, rachując na to, że Tatarowie znużeni, że ogromne trzody, kupy jeńców, wozy łupu, nie dozwolą im myśleć nawet o walce. Ale się mylił. Orda uciekała dla tego tylko, aby garść