Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/10

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Sam IMPan Strażnik Koronny, który tu grał pod te czasy wielką rolę, i pan Jenerał Brygady Wielkopolskiej, druga prawa ręka księżnej wojewodzicowej, gdy przybywali do Kodnia, pana Stefana witali acz prostego szlachcica, bez tytułu, bez znaczenia — jak pana brata.
    Ale bo też poczciwy Stefan, nawet księżnie i w ogóle nikomu sobie imponować nie dawał.
    Miał czyste sumienie, niczyjej łaski nie potrzebował, gdyż życie wiódł skromne i obyczaje miał surowe; więc nie lękał się nikogo, a jak on niegrzecznie powiadał sam, o nikogo nie dbał.
    Podśpiewywał nawet czasem znaną piosenkę:

    A jam sobie pan, pan...
    O nikogo nie dbam, dbam.

    Rym w tym starym utworze poetyckim zostawuje do życzenia nieco, ale sens moralny, — daj Boże by go każdy mógł wziąć do serca.
    Był to w swoim rodzaju filozofii, choć o filozofii mętne miał wyobrażenie; zasadzał mądrość na tem, aby jak najmniej potrzebować i przez to być jak najniezależniejszym. Miał w tem Diogenesową metodę, choć o Diogenesie nie wiedział i nie słyszał.
    W rzeczach nauki i rozumu admirując wielce ks. Infułata, gdy przy stole mawiał o monarchii assyryjskiej, o Marku Aureliuszu, o Chinach i t. p. (bo był mąż eruditus) — nigdy pan Stefan nie pozazdrościł mu tych wiadomości, i nie czuł ich potrzeby.
    Czuł, że rozumu i wiedzy na swój użytek miał — jak się wyrażał stylem czasu „samoprawie.“ Znaczyło to tyle co — „w samą miarę.“
    Zawsze w dobrym humorze, do wszelakiego zajęcia żwawego gotów, na posyłkę do lasu, na jarmark, po pieniądze, po sprawunki; nie ulegając prawie zmianom atmosferycznym, na które zupełnie był obojętnym, znosił chłód, głód, smród i brud (są jego wyrazy) — z najzupełniejszą obojętnością.