Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom II.djvu/375

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trochę znaleźć było można. Ale na łóżkach, które nigdy próżno nie stały, co dzień ktoś w oczach ich konał. — Gorączka rozszerzała się straszliwie, tak że unikając zarazy, oba ranni wynieść się musieli do gospody w Cap Français.
Śmiertelność przybierała groźne znamiona moru — najsilniejsi, najzdrowsi padali niespodzianie pastwą żółtej gorączki, — i nie doczekawszy drugiej doby.. w okrutnych męczarniach konali. Rzadko kto trzy dni cierpiał, choroba była piorunującą; niszczyła i zabijała w oczach.. Człowiek zdrów wczoraj, bladł, padał, rozkładał się, wypalał... konał, nim z pomocą nadbieżono. — Najmniejsza nieostrożność zabijała, największe ostrożności nie mogły ochronić. —
Polacy szczególniéj usposobieni byli do schwycenia zarazy — przejście nagłe do gorętszego klimatu, znużenie, praca, głód, pragnienie — wystawiały ich na niebezpieczeństwo.. zdawali się pastwą wybraną moru, ofiarą jego najmilszą. — Najmłodsi, najsilniejsi, najpewniejsi siebie.. często wśród śpiewu i zabawy, uczuwszy głowę ciężką, bledli, żółkli.. wlekli się do szpitalu i marli w boleściach.. jak niegdyś na téj saméj wyspie z téj saméj choroby towarzysze wyprawy Kolumba. —