Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom I.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została przepisana.


Kilką, cichemi słowy rozporządzono pochód.Naprzód miała iść szpica, główny oddział po środku, z tyłu mała garść w osłonie od napadu niespodzianego.
Wszystko było w pogotowiu do wymarszu, gdy Samocha, który miał iść z tyłu, głośno począł kląć i łajać w pieczarze.. pułkownik oburzył się i pogniewał, sam rzucił się ku niemu, obawiając jakiego gwałtu.
Szło o zapomnionego owego szlachetkę wziętego z papierami i proklamacyjami królewskiemi; którego związawszy w końcie rzucono, nimby się jego losy rozstrzygnęły.
Na samém wychodném poszedł po niego Samocha, chcąc go uwiązanego przy swym końiu prowadzić, ale.. nie znalazł. Pogryzione i stargane sznury leżały na ziemi, szlachcic wpadł jak w wodę. Szukano go wszędzie po kątach pieczary, ale jak tam było odkryć, jeśli uchodząc śmierci, zaszył się w jaką, niedostępna kryjówkę.Samocha klął, Skiba się srożył.
— Bóg z nim, rzekł, niewielka strata.. rzuć do licha, nie ma czasu do stracenia.
— Bogać niewielka strata.. wołał Samocka targając czuprynę.. toć to nas obliczyło podsłu-