Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom I.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została przepisana.


Stary zmilkł, patrzał, w oczach mu pojaśniało..
— Dajże mi dłoń, daj, rzekł, tośmy towarzysze.
— Twoja niech mnie pobłogosławi! jam prosty szeregowiec — odpowiedział Karól — a żem dach mój rodzinny opuścił bez błogosławieństwa, bez pożegnania, zastąpże mi starego dziada i rodzica..
Dwie drżące dłonie wyciągnęły się nad głową pochyloną Karola, a pułkownik milczał.. lub może modlił się cicho.. potém ręką prawą ujął dłoń Karola.
— Siadź i spocznij, odezwał się.. pomówmy... Wszystko to — dobre, ale cóż myślisz z sobą? dokąd chciałeś się dostać? coś zamierzał?
— Myślałem tylko iść a bić się.. chciałem tam być gdzie serc i rąk brak może.. a dziś, gdzie Bóg przyprowadził, zostanę.
— Dziecko moje.. Bóg `wielki.. ja ci nic nie powiem.. Bądź ta ofiarą, jaką być pragniesz, ale wiedz..
Tu się zatrzymał.
— Wiedz co poczynasz, dodał z namysłem.