Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wa szczególniej wdzięczną mu była, że przy obiedzie jadł dobrze, z apetytem, i gęby nie ściągał.
Oświadczył zaraz, że dla rozpatrzenia się w dobrach, których oddawna nie widział i interesów się ich nie dotykał, zmuszonym będzie zabawić parę tygodni w okolicy — i — jeśli Podkomorstwo pozwolą, chce ich bez żadnej ceremonii czasem karyoleczką na chwilę odwiedzić.
Stary Podkomorzy dziękował za tę łaskę, wszyscy oświadczali swą szczęśliwość. Rozmowa utrzymywana przez księcia z wielką sztuką i łatwością, nie szła ale płynęła strumieniem przezroczystym, pełnym blasków i perełek. Podkomorzy stary słuchał, porwany wymową kuzyna i śmiał się do łez. Pani Szczepanowej niektóre z anegdot i dowcipów, wydały się wprawdzie trochę zbyt ostremi — przy p. Izabelli, lecz musiała je przyjąć za dobre, boć widocznie na wielkim świecie zwyczajem było zapewne, mówić tak swobodnie — a moda jest królową i prawodawczynią. Do późnego wieczora trwały te odwiedziny, i nic a nic, do ostatniej chwili nie trafiło się, coby je zatruło lub zamgliło. Szło doskonale, tak że, gdyby nawet Czuryło był na miejscu i kierował wszystkiem, lepiejby to wypaść nie mogło. Gdy poszóstna kareta dygnitarza odtoczyła się od ganku, a znużony nieco Podkomorzy pod ręce się do swojego pokoju prowadzić kazał, za którym tęsknił, uśmiechając się szedł i lekko mu było na sercu.
Do odchodzącego już przypadła synowa, całując go w rękę i szepcząc:
— A widzi, kochany ojciec, że się nam i bez Czuryły udało!
Niestety — w tej chwili właśnie może, niedosta-