Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


prowadzili na ganek, jeśli nie z sympatyą powziętą ku nieszczęśliwej, to przynajmniej z rodzajem smutnego politowania.
Inaczej wcale ją sobie wyobrażano, a gdy kareta odtoczyła się od ganku, i cała rodzina znalazła się znowu razem w salce, spojrzeli po sobie wszyscy.
— Cóż asindzka teraz o niej powiesz! — spytał Podkomorzy.
— No — dziwna i osobliwa kobieta — odezwała się p. Szczepanowa, ale, dalibóg, mi jej żal.
— I mnie, słowo daję — potwierdził Podkomorzy.
Szczepan zmilczał.
— Wiesz, moja dobrodziejko — począł stary — zrazu mnie swoją mową tak zdetonowała, żem języka w gębie zapomniał. No — ale, gdy się człek z tem otrzaskał — dalipan wolę, że mówi co myśli, choć nic do rzeczy myśli — niżby miała kłamać i grać jak na teatrum.
Po tym sądzie ostatecznym, przeciw któremu nikt nie apelował, rozeszli się wszyscy, dosyć smutni.
Podkomorzy natychmiast buty aksamitne ściągnąć sobie kazał, kontusz ów zdjął, przywdział swe ulubione odzienie powszednie, siadł w krześle i posłał Jarmużkę, aby szukał Czuryły.
Przed nim dopiero miał się dusza w duszę wyspowiadać z wrażeń swoich.
Strukczaszyca nie było jeszcze. — Powiedziano, że do pasieki gdzieś poszedł, i dopiero w dobre pół godziny się zjawił. Podkomorzy już go o absencyą nie inkomodował.
— Żałuj, mój kochany — rzekł — żeś dzik i żeś nie widział i nie słyszał kobiety, jakiej drugiej wątpię, by kto w życiu spotkał. Powiadam ci — myśleli-