Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale — mąż! — dodał niewzruszony w zasadach staruszek.
— To największy defekt jego — rzuciła Wojewodzina — nie mówmy o tem. Daj mi pan innego człowieka, przyjmę go z jego ręki.
— Trudna to rzecz — odezwał się Podkomorzy — ludzi ze świecą szukać trzeba.
— Zapaliłabym ich sześć! — rozśmiała się Wojewodzina — bylebym znalazła takiego, coby mi dał spokój i pieniądze.
Gdy stary Podkomorzy, ani p. Szczepan, nic jakoś na razie poradzić nie umieli, a rozmowa się ciężką stawała, zwróciła się z nią Wojewodzina do p. Szczepanowej, aby ją trochę ożywić i zmusić do przemówienia. Półsłowami zpoczątku starała się wywinąć z tego zadania gosposia, lecz — zwolna sama niewiedząc jak, nastroiła się trochę do zupełnie sobie obcego tonu, i z równą szczerością ośmieliła się stawić opozycyą.
Wojewodzina mogła się przekonać, jakdalece cały ten dom — do innego świata, nawyknień i pojęć należał. Lecz, czy-że się tego spodziewała, czy-że jej to było obojętnem, nie zdawało się wcale aby to brała do serca. Oswojono się z jej dziwaczną otwartością, pogodzono z nią niemal. Pani Szczepanowa uspokoiła się i przejednała szczególniej tem, iż w niej najmniejszej nie znalazła zalotności, — i że o męża zupełnie mogła być spokojną.
Wojewodzina ani patrzała na niego, a całe jej obejście się świadczyło o takiem zobojętnieniu dla świata, iż Podkomorzynie prawie jej żal być zaczynało.
To uczucie wkońcu wszyscy niemal podzielali, i gdy po długim dosyć pobycie, pożegnała ich, od-