Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Szczepanowa chodziła z wypalonemi na twarzy rumieńcami, od pół godziny po ganku, nadjechała bryczka, wyskoczył z niej mąż, uściskał ją serdecznie i wesoło, a że już Jarmużka stał prosząc do starszego pana — poszli więc razem do niecierpliwego staruszka.
W milczeniu, z natężoną ciekawością, z oczyma wlepionemi, gotowali się wszyscy słuchać opowiadania.
Pan Szczepan, leniwy we wszystkiem, daru wielkiego nie miał, gdy mu co opisywać przyszło; musiano mu dopomagać.
— Gadaj-że, zlituj się! jak ją znalazłeś?
— Jak wygląda?
— Jak cię przyjęła?
Zasypano go pytaniami.
Szczepan trochę był zmięszany widocznie, od czego miał począć.
— A! no — rzekł — znać, że była piękną, bo jeszcze i dziś napodziw młodo na swe lata wygląda. Męzkie ma obyczaje, śmiała — widać do rozkazywania przywykła, ale światem i ludźmi i wszystkiem znudzona, sama nie wie czem się zabawić, rozerwać, aby, jak mówi, o biedzie zapomnieć.
— O jakiej biedzie? — wtrącił stary.
— Znać mąż jej dokuczył, gdy aż tu od niego uciekła. Powiedziała mi, że chce tu pozostać. Pytała mnie o sąsiedztwo — o polowanie.
— Jakto — o polowanie! — razem zawołał stary i p. Szczepanowa.
— Myśliwa jest i jeździ widać na łowy.
— Tam, do stu katów! Jeszcze czego nie stało? przerwał Podkomorzy — ale asindziej-że mi opisz, jak wygląda?