Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i płakała piękna panna, jak kawaler do nóg padał rodzicom i dziadkowi, jak potem starego przyniesiono węgrzyna, którym zapić było potrzeba połączenie dwóch domów; jak zaczęto mówić o terminie wesela, które deputat i narzeczony pragnęli mieć jaknajbliższem, a matka przeciągnąć jaknajbardziej. Trzeba było robić wyprawę, a to nie mała była rzecz, bo się po nią jeździło, dla bielizny do Wrocławia, dla sukien do Warszawy, a wiele dodatków z dalszych miejsc jeszcze sprowadzać przychodziło.
Koniec końców, a było to w lecie jakoś — na zapusty postanowiono weselisko, ojciec narzeczonego miał wprzódy sam jeszcze przybyć z dziękczynieniem do Kurzeliszek.
Nie obeszło się i to wesele bez tajemniczego udziału w niem Czuryły, który dał znowu wiele do myślenia. Zachciało się pełnemu fantazyi młodzieńczej panu młodemu, zasłyszawszy że panna Izabella unosiła się nad tarantami, koniecznie sporządzić ich czwórkę i z nią się popisać. Była to zawsze szerść kosztowna, w stadach się pozwodziły one, a pozostałe, rzadkie, skarlały i szczupakowato wyglądały. Gdy przyszło sprzęgać z wielką biedą, to wzrostem się nie dochodziły, to odmianami, to szykiem i tuszą. Trzy wreszcie niebrzydkie dostał Zubko, a za czwartego już musiał okrutne dać pieniądze — ale — dla swej niebogi! nie żal mu było. Często bywając w Kurzeliszkach, gdy jakoś około Nowego roku przyjechał, a zetknął się z Czuryłą, wzięła się rozmowa o tarantach. Żalił się Zubko, że już trzech faktorów po świecie posyłał za tym czwartym tarantem, i za żadne pieniądze dostać go nie mógł.
— Otóż widzisz panie Starościcu — odezwał się