Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rezydent, a gdybyś mnie był pisnął słówko — jabym ci się taranta postarał.
— Jakim sposobem? czy to być może?
— Tak jest — rzekł Czuryło — mam przyjaciela który mnie od roku nudzi, żebym od niego przyjął taranta, pono właśnie tej miary i wzrostu co wasze, a mnie to — na sto kaduków.
— Ja go u was kupię! — krzyknął Zubko.
— Ale, ba! — odparł Czuryło — ja taranta tego nie sprzedam. Dostał mi się w prezencie, dam wam go za karę, żeście mnie chcieli źrobaka darować. Więc — albo — albo. Weźmiecie go darmo — to przyślę — nie — to niech sobie stoi, gdzie jest.
— A gdzież jest? — spytał Zubko.
— Tego nie mogę powiedzieć — odezwał się rezydent.
— A jakże ja mogę od was przyjąć konia, co może sto czątych być wart, i....
— Dlaczego nie możecie przyjąć? a przecie mnie chcieliście źrobaka dać.
— To co innego.
— Nic innego. Ja nie mam nic — to prawda, ale też nic nie potrzebuję. Widzicie, że mi u Podkomorstwa na niczem nie zbywa.
Zubce się strasznie czwartego taranta chciało, a no, męczył i prosił Czuryłę o jakąś zamianę, facyendę; układu nie mógł wymódz niczem.
— Albo go bierz darmo, albo nie dam. To za karę, za źrobaka.
Kilka dni tak zeszło, naostatek — co było robić? Zubko go uściskał, podziękował i zgodził się na przyjęcie konia i na zachowanie tajemnicy, bo i tej żądał Czuryło.