Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gła niepostrzeżona wykraść się do Czuryły, poszła mu podziękować.
Milcząco przyjął to Strukczaszyc — westchął tylko.
Był to podobno dzień wielce stanowczy, złożyło się jakoś tak, że młodzieniec miał zręczność pannie oświadczyć afekt swój i naturalnie odesłany został do rodziców i dziadunia. To znaczyło, że mógł być przyjętym. Więc, choć tego dnia jeszcze, nie naradziwszy się nad formą deklaracyi z deputatem, nie postąpił dalej konkurent — rzeczy były na pół dobite i skończone.
Matka, która mówiąc z innymi, niepatrząc na córkę nawet, przeczuwała a odgadywała co się działo — i tą razą wiedziała napewno co się stało nim panna Izabella jej się z tem odkryła.
W domu całym panowało poruszenie wielkie, a że żadna rzecz nie mogła być zatajoną przed Podkomorzym, wieczorem wiedział już i on, i zwiastował nowinę Czuryle.
Strukczaszyc bodaj się tego wprzódy domyślał.
Spodziewano się wkrótce przybycia deputata i postawienia koni przed gankiem, choć je proszono do stajni. Był bowiem zwyczaj dawny, gdy kawaler przybywał o wyrok ostateczny, iż konie stać musiały w pogotowiu i żadną prośbą do stajni ich zagnać nie było można.
Nadjechał w istocie deputat ubrany uroczyście, Zubko wyświeżony, i trwoga padła na pannę i matkę. Słowo się rzec miało.
Podkomorzy od dwóch dni już zamiast przyodziewka letniego, in vim spodziewanych odwiedzin, chodził w starym kontuszu.
Opisywać nie będziemy, jak się to odbyło ze wszystkiemi formami przyjętemi, jak się rumieniła