Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Roboty i prace.djvu/121

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    dam się z mych wyrażeń szczérze i otwarcie, choćbym za nie miał być potępionym. Przychodzę tu zdumiony, ogłuszony, oślepły.
    — Więc — jakże? ani cienia w tym obrazie pełnym światłości! spytała hrabina.
    Lucyjan zamilkł chwilę, zdawał się zbiérać myśli i wspomnienia i szukać tych cieniów tak pożądanych.
    — A dom? dom? poddając mu materyją do krytyki, wtrąciła baronowa.
    — Dom bardzo piękny...
    — Cóż? kapie złotem?
    — Ani jednéj listewki, ani jednego brąziku, przepysznie rzeźbiona dębina stara... styl surowy... powaga... quelque chose de sérieux et de solide.
    Hrabina, zaciąwszy usta, złożyła robotę, którą się dotąd pracowicie zajmowała; nie zdawała się już ani słuchać, ani interesować opowiadaniem pana Lucyjana. Gospodyni przeczuwała, że rychło salon opuści, a nie prędko doń powróci.
    — W tym obrazie jednak, dodał wirtuoz, znalazłbym cień, wpatrując się weń dłużéj. Ten człowiek, o którym nie mogę nic powiedziéć nad te pochwały, jakie mu oddałem, uczynił na mnie wrażenie czegoś sztucznego, niby automatu zbudowanego przez wielkiego kunsztmistrza, niby istoty wywołanéj zaklęciem czarnoksiężnika, która nagle w oczach się może rozprysnąć i zmienić w plamę na posadzce; nie umiem powiedziéć, dlaczego czułość jego dla żony wydawała mi się serdecznością Sinobrodego, dlaczego szlachetność, do-