Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Roboty i prace.djvu/106

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    była brzydka i ułomna, tak samobym się ożenił... Możesz mi powinszować...
    — Z całego serca! śmiejąc się, rzekł Piętka, teraz mam nadzieję, że cię wkrótce u nas z małżonką ujrzymy...
    — Nieochybnie, a ja spodziéwam się, że ty powrócisz do mnie... Na zajęciu zbywać nie będzie... mam plany olbrzymie, poczyniłem starania... zobaczysz... do widzenia!!
    I tak rozstali się dwaj towarzysze, a na ustach Piętki, gdy ode drzwi, odprowadziwszy go, powracał, igrał uśmiéch ironiczny...






    W salonie Baronowéj zebrane było niemal toż samo towarzystwo, któreśmy w nim już bliżéj nieco poznali. Z małemi odmianami widziéć je tu było można co tygodnia, jeśli gospodyni nie wyjechała do wód, lub na wieś, co się jéj rzadko bardzo trafiało. Przypływ i odpływ obcych osób był stosunkowo nie wielki; nowy gość tylko w pewnych porach roku się trafiał, starzy przyjaciele i stare filiżanki spotykali się tu od lat wielu... Wygodnie było przegawędzić godzinę w kółku znajomych, posłuchać plotek, dowiedziéć się nowin, uczuć bijący puls opinii panującéj w pewnych kołach... Chodzili téż tu wszyscy mimo téj herbaty nieprzełknionéj — a zwyczaj wieczory te uświęcił tak, że niebytność oznaczała zawsze