Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


praw o moralności ludzi, których ja znam życie pokątne... gdybyś — gdybyś... tobyś się za boki musiał brać z téj farsy... Ja tego na seryo wziąć nie umiem... Słabości serca, słabości głowy... słabości ducha... słabości charakteru... słabości bez końca... a siły? nigdzie. Przepraszam cię Sylwanie, dodał — nie ma jéj nawet w tobie co masz olbrzyma postawę i fizys, a od ukłócia szpilką cierpisz jak mucha na wskróś przebita.
— Ja? przerwał Sylwan...
— A ty — mówił Herman — ty! ja wiem wszyściuteńko co w tobie siedzi...
— Nie wszystko!
— Przepraszam cię, nawet to, co w tobie siedzieć może... lada dzień...
— Jakto? podchwycił zdziwiony Sylwan... to co mi grozi? ty o tém wiesz? — jest to więc tak powszechnie już znane?
— A ty! wiesz także co ci grozi? równie zdziwiony zawołał Herman — jakże to może być? zrozumiejmy się. Szedłem do ciebie, aby przestrzedz właśnie o smutnym planie przez pewną kongregacyę, aby cię ztąd jako bezbożnika niebezpiecznego usunięto... O tém niewiesz?
— Owszem, wiem o planie, a nawet — dorzucił Sylwan, zdaje się, że musiał on już dojrzéć do wykonania, bo... pewne wstępne kroki są poczynione.
— Cóż ty myślisz? spytał Herman...
— Nie wiem nic jeszcze — ściskając brata, rzekł