Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dla mnie nielitościwie zamknięte... Bratby powinien zaświadczyć, że zemnie — mimo wszystkie plotki — nie tak bardzo zły człowiek...
— Ja nowych znajomości nie — lubię, odpowiedziała Viola.
— Ja bo jestem z widzenia stara znajomość: nigdy, oprócz dzisiaj, nie opuściłem żadnego pani występu... a admiruję ją zawsze.
— Nie wartam — odezwała się Viola.
— Tak panią szacuję, że jéj nie powiem komplementu — odezwał się Herman — ale zaproś nas pani wyjątkowo obu na... kwadrans — będę się znajdował tak grzecznie... że się pani zdumieje.
Viola milczała...
— Jeśli mnie pani nie zaprosi, to i Sylwana mieć nie będzie...
— Więc proszę panów obu! rozśmiała się Viola...
Sylwan słuchał z dziwném uczuciem jakiémś... jakby ta rozmowa przegrywką być miała do nowéj jakiéj niespodzianki. Za nimi idący Szerszeń mruczał, Pawłowa milczała gniewna. Zbliżyli się do domu... Herman kilka kroków cofnął się ku Szerszeniowi.
— Artysto! łaskawco! ty co grałeś monarchów na warszawskiéj scenie — szepnął mu — uczyń mi łaskę — a klęknę przed tobą. Widzisz, że Viola nas obu prosiła... oto masz pieniądze... Za wszystkie kup owoców, cukrów... co chcesz i przynieś je od siebie... Zaklinam cię.