Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale panie!
— Nie ma ale! odskakując zawołał Herman, i pośpieszając na wschody za Violą... Sylwan szedł ironicznie się uśmiechając.
— Czy i tu ja ciebie mam wprowadzić, abyś ty mnie potém wypędził? zapytał na ucho.
Herman zapłonął, spojrzał mu w oczy...
— Ty sam się zewsząd czynisz wygnańcem, rzekł... jesteś z tego rodzaju ludzi, po których plecach wszyscy się wspinają i którzy stworzeni są — na drabiny...
W téj chwili wchodzili na trzecie piętro, a Pawłowa ciemne pokoiki usiłowała co rychléj oświecić... Tymczasem księżyc wpadający przez okna... słabo, fantastycznie rozjaśnił salonik ubogi... Viola milcząca, pomieszana stała wśród pokoju czekając na świecę... rozmowa była przerywana... słychać tylko było ciężki jéj oddech... i prawie serca bicia...
Szerszeniowa pozbawiona pomocy męża, który dawszy się skompromitować poleciał po ów podwieczorek, mruczała biegając po świece i lichtarze... i nierychło oświecić potrafiła poddasze.
— Siadajcie panowie proszę, odezwała się artystka — lecz darujcie mi, że gości nie mam czém przyjmować...
— Wejrzeniem i uśmiechem niech nas pani nakarmi, a nie będziemy głodni!
Viola popatrzała na młodego chłopaka poważnie.