Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bo je niém z młodu napojono?
— Bo je z sobą od Boga przyniosło...
I gdy jeden płacze, drugi się śmieje; zrazu zwycięztwo wątpliwe, bo z kolei pierwszy, to ostatni zwycięża...
Postrzegłem się nierychło, że mnie Kain krępować poczynał.
— Czekajno, braciszku, zawołałem, nic jeszcze z tego nie będzie; począłem walkę na zabój i nie poddałem się łotrowi. Zobaczywszy, żem się silnie wziął do niego, cofnął się na jakiś czas, i tak mnie tém uspokoił, żem był pewien, iż go nie ujrzę więcéj.
Była to chwila, w któréj Antosię moję kochać poczynałem... Tamtemu miłość taka znać nie w smak była, jemu i Antosia, i Jadwisia, i Julka, wszystko równie było dobre, co miało dwoje czarnych lub niebieskich oczów, i pierś nabraną tęsknotą i pragnieniem. Ilem razy szedł do Antosi, a trzeba było iść przez wioskę, i mimo dworków sąsiedzkich, podkradnie się bywało i sprowadza mnie z drogi, a to do Julki, a to do Justysi, a to do Rózi, i choć serce do tamtéj bije, znajdzie coś we mnie, co do nich pociąga... Trze-