Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mia tak piękna młodym oczom, młodemu sercu; mój Boże, i tak w niéj ugrzęznąć łatwo!
Pamiętam jak dziś, stary Bernardyn, ksiądz Józef, który często bywał u moich rodziców, pierwszy mnie ostrzegł o grożącém niebezpieczeństwie; wpiło się to w umysł młody, ale zrazu tego łajdaka próżno jakoś w sobie szukałem, tak się skrył głęboko, i gościć umiał z braciszkiem, że go ani znać było.
Tylko bywało, gdy się przyjdzie rozgniewać, kiedy trzeba użyć fałszu, gdy się namiętność rozhuka, niewidomą siłą pomaga do ladajakiéj roboty i poklaskuje spełnionéj. Drugi znowu smuci się, wstydzi i płacze... Dopieroż rozmowa między niemi.
— A! jakie z ciebie dziecko! cały świat tak robi, cnota jest tylko oszukaństwem i spekulacyją...
— Nie, do niéj wiedzie przeczucie, ku niéj steruje pragnienie, czemuż wstydem oblewa mi czoło?
— Wstyd jest przesądem i tchórzostwem...
— Czemuż ów pierwszy, a bezwstyd i zepsucie drugiém po niem? dla czego tak silnie mówi w sercu.