Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


IX.

— Ot patrz waćpan, anim się obejrzał, jak ten łotr przezedrzwi się tu wcisnął, i na chwilę mnie był opanował, alem go już przegonił i nie ma go... słyszałeś jak bluźnił? Otóż to taka nędza moja, że tyle mną owładnął, tę samą głowę i usta, których ja na dobre używam, zaraz na swoje łajdactwa obraca.
Jeszcze nie mogę przyjść do siebie, śmiały! śmiały! O czemżeśmy mówili, o młodości! tak, zdaje mi się... ten stan niewinności nie trwa długo... Kain czyha, otwiera oczy, ocknął się, i jednego wiosennego poranku wstajesz z niepokojem w duszy, bo nieprzyjaciel już ci się wkradł do wnętrza i zamierza opanować zdradą, wziąć bez bitwy, a Abla w tobie udusić pocichu. Jeśli cię jaka pobożna duszyczka, lub twój anioł stróż nie ostrzegł, żebyś dobrze w siebie wglądał, przepadniesz w pierwszém spotkaniu. Abel i Kain żyją zrazu jak bracia, w jednéj kolebce, w jednym Ewy uścisku. Abel głupiutki jeszcze, Kain udając słodziuchne stworzenie; ale gdy jeden patrzy w niebo, drugi go ściąga na ziemię. A zie-