Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ba go było widziéć jaki to był zuch do dziewcząt, jaki dowcipniś, jaki śmiałek, jak mu nigdy słów i odwagi nie zabrakło, ani dwuznaczników i łgarstwa, ani sposobów ujęcia... Zobaczywszy że to się na złe zanosi, i że w brudach utonąć przyjdzie, kupując to groszem, to fałszem, co się sprzedawać nie powinno, dałem mu jakoś w kark i poszedł jak zmyty, a ja przy Antosi zostałem.
Jakoś nam się tak szczęśliwie składało, że ledwieśmy się pokochali, nic do wesela nie stało na przeszkodzie, rodzice go sobie życzyli, myśmy do niego wzdychali, wszystkie warunki odpowiadały żądaniom, i ksiądz pobłogosławił marzeniu przyszłości...


X.

Ksiądz Jacek rozmawiając z Romualdem trochę się był od nas odsunął, ława na któréj siedzieliśmy stuknęła, mój rozmówca się poruszył, i znowu twarz jego dziwnie zmieniła, i począł się śmiać szydersko.
— Czasem to na mnie napadają te śmieszne jakieś czułostki i łzawe usposobienia — rzekł ży-