Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


którą podszywały niezliczone dzikich malin gęszcze, i stary sérnik z chorągiewką blaszaną, i kapliczka z krzyżykiem żelaznym, który się pochylił od wiatrów zachodnich, i słomiana strzecha moja, na któréj mchy się wygrzewały. A! cobym dał, cobym dał, żeby ją zobaczyć raz jeszcze — ale tam cudzy gospodarują ludzie... Nie! nie! nie ma nic wiecznego, gdzie się paliły ofiary Bogu, dziś czarna krew płynie na cześć szatana, świętokradztwa nieustanne... i expiacye bez końca. Świat nie może wynijść z pokuty, bo nieustannie grzeszy na nowo... nie zgrozaż to, by w miejscu, na którém stał krzyż, i było miejsce modlitwy, skleić dla pijanych gospodę lub dach dla rozpusty? A! tak mi serce krwią zachodzi, gdy pomyślę, gdy wspomnę, że może szatańskim śmiechem ryczą dziś tam, gdzie spokojna mojéj matki modlitwa podnosiła się do nieba. Ja sam pierwsze Ablowe moje przeżyłem lata, i anim się spodziewał, ani domyślał, co mnie czekało na świecie... Kain się jeszcze nie pokazał, czyhał dopiero gdzieś w mroku.
Ot dla czego nam młodość tak droga, myśmy w niéj dłużéj lub krócéj sami sobą, silni jedno-