Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ścią, nie skłamały jeszcze usta nasze, sercu nie rozkazywał Kain i Abel na przemiany, dym jego ofiary unosi się ku niebu na wiekuistą pogodę, a żaden wietrzyk nie kłóci uroczystości ciszy.


VIII.

Gdy to mówił, jakby na przekór, drzwi ciężkie od kościoła do téj izby wiodące, od ciągu powietrza poruszyły się i z trzaskiem zamknęły; ja sam wstrząsłem się ze strachu, a na twarzy Jana ujrzałem tak gwałtowną przemianę, że zdał mi się w istocie innym człowiekiem. Nie wiem co mu się stało, oczy jakby mgłą się powlekły, usta drgać poczęły, wstał, rzucił się i usiadł, oglądając się bojaźliwie na księdza Jacka, a gdy na nowo mówić sprobował, ani głosu jego, ani ciągu myśli poznać nie mogłem.
— Wiem — rzekł, mierząc mnie z niedowierzaniem — pan tu zostałeś przysłany przez nieprzyjaciół moich, dla wyśledzenia, co się ze mną dzieje. Otóż widzisz, że jestem zupełnie zdrów i pomszczę się na nich wszystkich... Waćpan gotów jesteś wierzyć temu, co przed chwilą mówi-