Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/74

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    i mnie podaniem dłoni, stanął podparty o kominek Chciałem się oddalić, ale mnie wstrzymał.
    — Więc Halka nie jedzie? — spytał po chwili.
    — Myślę, że wolałbyś, gdyby została — odpowiedziała hrabina, — i choćby mi mogła być bardzo użyteczną w podróży, jak zawsze, robię z siebie ofiarę.
    Hrabia uśmiechnął się i ruszył ramionami na wspomnienie ofiary.
    — Właśnie — rzekł — radziłbym ci, abyś ją wzięła z sobą.
    — Doprawdy? — Laura zmięszała się nieco, — cóż to za myśl nowa?
    — Proszę o to! — dodał hrabia.
    — Alem się tak urządziła.
    — To się inaczej rozrządzi — przerwał hrabia stanowczo, — chcę, żeby jechała.
    — Chcesz, żeby jechała? — schwytana niespodzianie odpowiedziała Laura — a! więc pojedzie.
    Hrabia chwilkę pochodził po salonie i wyszedł. Wyznam, żem w duszy rozwścieklony był na niego; hrabina burzyła się niespokojna, ale nie było sposobu. Halka więc jechała.
    Widziałem z oczów Laury, że ten dodany jej świadek wcale nie był do smaku; z przekąsem oznajmiła o tem sierocie, ale wyjazd naglił, stało się według woli hrabiego, która objawiona raz była niezłomną.
    Wyjechaliśmy nareszcie. W drodze czekały mnie nowe męczarnie: zazdrość budzona nieustannie w ciągłej trzymała gorączce; hrabina wszędzie znajdowała znajomych, robiła nowe stosunki, a z mężczyznami postępowała jak ze mną i z Gustawem. Starych czy młodych, potrzebnych czy nie, musiała koniecznie bałamucić po drodze; zdaje się, że bez tego żyć nie mogła. Tłum coraz gęstszy powoli otaczać ją zaczął, orszak nasz pomnażał się coraz, odgradzając mnie od niej nieprzebytą ścianą; przy ludziach obchodziła się ze mną z tą wzgardliwą i zimną grzecznością, którą