Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zdziwiony zrazu, po chwili śmiać się zacząłem; hrabina spojrzała na mnie surowo.
— Lauro, pani, — rzekłem — czyż mnie! mnie posądzić można, mnie, którego życie, myśli, przyszłość, wszystko do ciebie należy.
— A! ty jej nie znasz — przerwała; — hrabia z jej przyczyny oddalił się odemnie, ona mnie czerni gdzie może, jak może, odbiera najdroższe skarby, nawet serce dziecięcia.
Łzy się jej w oczach kręciły, i żaden najsilniejszy argument nie podziałałby jak one; przypomniałem sobie rozmowę z Halką, zachwiałem się, zwątpiłem. Ją łzy nic nie kosztowały, bo tak się umiała przejąć rolą swoją, że udając płakała; ale w chwili oschły oczy i znowu zaczęła mówić z żywością:
— Nie znasz jej! nie znasz! to wąż, któregom na piersiach rozgrzała: milcząca, zimna, jak ten gad, a kąsa w chwili, gdy go pieścisz... Nikt jeszcze nie zna mojego życia, nikt się nie domyśla, ile w niem było i jest ukrytych pod uśmiechami boleści!
Ten temat, na którym prześlicznie haftować umiała, znałem już dawno, ale na nowo musiałem skarg wysłuchać, bo białą jej dłoń trzymałem w rękach drżących, i czoło jej pochyliło się na ramię moje, a marzenie szczęścia władało mną i odebrało przytomność.
Trzeba też przyznać hrabinie, że umiała tak odgrywać tęsknotę, boleść, miłość, gniew jak nigdy ich w teatrze nie widujemy. Kto wie, czuła je może w chwili, gdy okazywała, ale to trwało mgnienie oka, a uczucie zmieniało się lada wrażeniem: z łez w śmiech, z radości w gniew, z tęsknoty w szyderstwo...
Mrok padał i musieliśmy udać się do pałacu, dokąd mi hrabina kazała sobie towarzyszyć; ledwieśmy w saloniku jej usiedli, gdy służący oznajmił hrabiego. Udałem, rumieniąc się na widok tego człowieka, że zbieram książki, gotując do podróży. On wszedł spokojny z cygarem w ustach, i powitawszy hrabinę