Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mi potem umiała jako konieczność tłumaczyć; ale nie mniej cierpiałem od niej.
Gdyśmy przypadkiem pozostali sami, wynagradzała to wprawdzie oznakami przesadzonej czułości: ale za chwilę przelotną ileż godzin męczyć się było potrzeba!
Dni kilka potrzebowaliśmy się zatrzymać w Dreznie, a że jakimś dziwnym wypadkiem w pierwszej chwili byliśmy sami, a Halka z chorym zostawała Władysiem, na przechadzkach z nią po okolicach spędzałem może najszczęśliwsze w życiu godziny. Przyszło do tego, że raz pieszo wracając brzegami Elby do hotelu Bellevue, na Brühlowskim terasie, siadłszy razem, upojony długą rozmową serdeczną, rzuciłem myśl ucieczki i ukrycia się w jakiej dolinie Szwajcarji, Tyrolu, lub niedostępnych Włoch górach. Odmalowałem jej gorącemi barwami szczęście, jakiegobyśmy tam kosztować mogli, spokój i ciszę ustroni, przyszłość pełną zachwytów: słowem sielankę, jaką tylko najrozmarzeńszy umysł dwudziestoletniego dzieciaka utworzyć może.
Uśmiechnęła się z tak w pierwszej chwili nieostrożnem szyderstwem, żem zdrętwiał; lecz wprędce zmieniła wyraz twarzy, i odpowiedziała mi na to:
— A! byłoby to szczęściem jakiego niema na ziemi! Ale godniż jesteśmy je kosztować, my, co kradniemy cudze, co zdradzamy, cośmy rozdzieleni przysięgą? Ty mój drogi, co świata nie znasz wcale, ja com przezeń zepsuta! Ja zwłaszcza — dodała — nieumiejąca pracować, od samotności odzwyczajona.
Mnie to szaleństwo tak się zdawało możliwem, żem się wyspowiadał z wszystkiego co miałem: zdawało mi się bowiem, że grosz ten i jaka praca, aż nadto by dla nas dwojga wystarczyły.
Znowu na ustach jej w zmroku ujrzałem uśmiech szyderski, który znikł, zwiany wyrazem przybranej dla mnie tęsknoty.
— Dziecko jesteś! — rzekła; — to co dla ciebie najwyższym skarbem, dla mnieby na zachcenia i fan-