Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Karol.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ciemku, lekcje! to lubię! Waćpan mnie masz za dudka?
— Tak jest, za dudka, odpowiedział Karol spokojnie, za czubatego dudka w dobrym gatunku.
— Co! ty trupie! ty! ja cię nauczę, krzyknął usłyszawszy to Sędzia, a potém jakby nie wiedział co począć, obrócił się do żony i trzęsąc nią zawołał: — Wstań Wasani, podnieś głowę, z kolei proszę mi powiedzieć, co tu robiłaś? — Ciągnę śledztwo, gadaj Wasani, gadaj, co to był z tobą za rozbojnik!
To mówiąc trącał ją Sędzia, ale ona twarz miała skrytą w poduszki i nie chciała podnieść oczów, Karol patrzał i szydersko się uśmiechał, uśmiechał się szatańsko. Coraz bardziéj rozjątrzony Sędzia, porwał ją za rękę, ręka opadła bezwładna, postawił świécę przy łóżku, wpół ją pochwycił, spójrzał na twarz — Blada była, łzami zalana, łzy płynęły jeszcze, dusza już na nich wypłynęła. Sędzia krzyknął okropnie — Karol poskoczył ku niéj, chwycił za rękę, odepchnął go silnie mąż i zawołał z boleścią.
— Ona nie żyje, on ją zabił. I wtém rzu-