Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Karol.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzucił się do okna, Amalja krzyknęła i padła na łóżko, a głos we drzwiach dał się słyszeć:
— Facećje! a ja dawno mówiłem, że się to na tém skończy. Ba! otoż jest Pani Sędzina i — dodał Sędzia świecąc w oczy Karolowi, który osłupiały z podziwienia, nie uciekał nawet — i Pan Trupiagłówka — ha —
— Co ty tam bredzisz stary koźle, zakrzyczał w téj chwili Karol, groźną przybierając postawę.
— Słyszycie! koźle! Kozłem mnie nazywać jeszcze! facećje! dla tego, że mi dał rogi. Ha! Co tu robiłeś złodzieju! co tu robiłeś z moją żoną?
— Z twoją żoną? to żona twoja!
— A tak; złapałem cię na uczynku ptaszku. Czegoż to Pani tak tulisz główkę w poduszki? Śliczna żona! Słyszysz! rzekł znów do Karola, po cóś tu wszedł? co tu robiłeś, no, mów, trutniu! bo cię zduszę! zawołał coraz zapalczywiéj.
— Powoli! na co ten zapał, rzekł chłodno Karol, ja dawałem Pani Sędzinie lekcyą znajomości serca ludzkiego.
— Lekcje. I znowu, słyszycie! facećje! po