Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Karol.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jestem piérwsza twojéj młodości kochanka, ja jestem Amalja.
— Amalja!
— Nie wiedziałam, nie spodziewałam się, mówiła z szlachetną dumą kobiéta, żeby twoje wiarołomne usta mogły wyrzec słowo jeszcze w téj chwili, któraby drugiemu mowę i czucie odjęła. Rozdarłeś na wieki to serce, Karolu, serce, które się rzucało do ciebie przez tysiąc niebezpieczeństw i cierpień. Nie było w życiu mojém okropniejszéj chwili. Ty jeden zostałeś mi na świecie, tobiem poświęciła wszystko, a ty, ty tylko udawałeś! Wolałabym była tysiąc razy, miljon razy, żebyś mi był powiedział, że mnie nie kochasz!
Karol stał w milczeniu, słychać tylko było ciężki oddech jego, słowa jednak nie wyrzekł. Wtém lekki szelest od strony okna doleciał ich uszu. Amalja płacząc i łkając mówiła daléj:
— Idź, idź ztąd Karolu, żegnam cię; dziękuję ci nawet za te chwil kilka szczęścia, które w słodkiém spędziłam omamieniu. Sądziłam, że mnie kochasz!
Gdy to mówiła jeszcze, drzwi się otwarły z trzaskiem, blask uderzył na pokój, Karol