Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Karol.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wów i drzew kilku; w jedném oknie płonęła świeca za firankami. Otaczał go ogródek niewielki, ścieżka przezeń prowadziła do drzwi. Wewnątrz było cicho. Karol zbliżył się do okna, słucha — wiatr tylko szumi, wtém dźwięk fortepianu poruszonego tak lekko, jakby po jego strónach wiatr tylko przeleciał, uszu doleciał. Usłyszał potém piosnkę cichą, piosnkę Filona i Laury, nuconą miękkim głosem kobiecym, ale tak zwolna, tak ostróżnie, jakby się lękano zbytnim hałasem obudzić kogo. Dźwięk fortepianu połączył się ze śpiewem i płynął powolnie. Karol zakrył twarz rękami, zadrżał i okropne westchnienie burzy wyrywającéj się z chmur uleciało z jego wzdętych piersi. Potém stuknął w okienko, muzyka głuszyła jego stukanie; mocniéj raz jeszcze drugi, świeca za firankami zagasła.
Karol nadstawił ucha; jeszcze konał obumierający dźwięk pieśni: powoli, cicho otwarło się okienko, podniosła się firanka i postać kobiéty w bieli zabłysła.
— To ty Karolu? odezwał się głos cichy.
— To ty Maryniu! rzekł Karol udając i prześmiewając jéj zadziwienie.