Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Karol.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Chodź! powiedziała kobiéta; Karol jednym susem wskoczył przez okno do maleńkiéj izdebki, zwolna, po cichu zamknął okno za sobą i firankami zapuścił.
— A! jakże dziś długo czekałam na ciebie, odezwała się kobiéta. Myślałam, że już nie przyjdziesz. Byłam temu prawie rada, Karolu, bo mnie jakiś smutek ogarnął, poczułam, że niepowinnabym ciebie tak przyjmować. A! gdyby mój ojciec wiedział, on tu blisko, leży złożony chorobą, śpi spokojnie, w jego siwéj głowie ani powstała myśl, podejrzenie, że córka — Karolu!
— Daj pokój, Maryniu! to są dzieciństwa. Cóż złego, że ja tu jestem z tobą? wszak kocham ciebie, wszak —
— A czy nikogo więcéj nie kochałeś tak jak mnie teraz, nikogo? żadnéj kobiéty?
— Ja? — nie! Cóż to za myśl! Jak to? musiał ci któś nagadać bajek, Maryniu. Chodź duszo! siądziem, uściśniem się, ogrzejem, noc taka zimna, ja tak zmarzłem idąc przez Antokole.
— Czy już żałujesz tego, żeś tu przyszedł?