Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Karol.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dalibóg! Oto, nie spodziewawszy się żeby takie partje porobiły. A czy to był Xiądz? Panie Karolu, nie krzyw się tak że ja pytam. A to brat Jegomości, to z miłości tak się krzywi. Czy to był Xiądz?
— Był to Biskup.
— Jezu Panie! to tam teraz na Żmudzi xięża się żenią! Osobliwość! Ot to szczęśliwa! codzień msza!
— Tak i śpiewana!
— Tać i z suplikaćjami mieć może. — A, a panna Teodora, Stypułkowiczówna.
— Ta umarła! rzekł Gustaw.
— Ach! otoż tobie masz. A taka zdaje się była zdrowa! Otoż to ludzkość i człowieczeństwo jak mówił Xiądz Jegomość z ambony w popielec u Bernardynów, próżno, by i najzdrowszy to musi umrzeć, a i krwi puszczenie nie pomoże.
— O tak! rzekł Gustaw wzdychając.
— Siadajże bliżéj proszę, a jak bratu imie?
— Gustaw.
— Da dalibóg ja zaraz z twarzy poznałam, że Jegomość ze Żmudzi, bo kto ze Żmudzi, to zaraz inaczéj wygląda, by ładniéjszy, by rozu-