Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Karol.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mniéjszy, nie przymierzając. Da! może jeszcze rannéj nie piliście herbaty? Jeszcze ledwie dziewięć biwszy. Może pan Gustaw.
— Nie, ja piłem, bardzo dziękuję.
— To i dobrze, bo i drobnych wszelako nie mam na bułki, a jak rubla rozmienisz całkowego, to się zaraz rozejdzie. No, i cóżeż więcéj na Żmudzi słychać? Po czemu tam cukier?
— Pud?
— Nie, funt! a ktoż pudem kupuje?
— Funt, po czterdzieści dziewięć groszy.
— Dalbóg tańszy jak w Wilnie. Przeklęte miasto, to tak drą kupcy, że aż strach.
— O drą, bo z tego żyją.
— A! tać to i ta błazeńska siemienia kwarta, co ja dla kanarków kupuję, to kosztuje czasem i piętnaście groszy i złoty i drożéj jeszcze, jak karystja na siemię.
— Zapewne, że utrzymanie kanarków drogo panią kosztuje.
— Da, przysuńże się bliżéj kuzynku, powiedz jeszcze by słówko o Żmudzi, to dalbóg łechce, po sercu kozyta, jak posłyszysz!