Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Karol.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Da, kiedy tak, to chodźżeż! To mówiąc otworzyła drzwi i wszedł po długiéj kwarantannie Karol, a za nim Gustaw.
Panna Hermenegilda w rannym jeszcze stroju, bo tylko co wracała ze mszy, spójrzała zaraz ciekawie na drugiego przybywającego i spytała.
— A tożeż kto?
— To mój brat!
— A! proszęż siadać! Cicho Amur! Tylko że to może nie przystoi, jak u nas na Żmudzi mówią, żeby panna sama, znajdowała się z dwóma mężczyznami, i niebespiecznie jakoś. Franciszko! Franciszko! Niechaj dla wszystkiego postoi koło drzwi, bez obrazy!
— A Jegomość pan brat drugi, dodała po chwilce, dalibóg jakoś ładniéjszy, ochapia się na pana Podkomorzyca z twarzy! Czy Jegomość mieszka ta w Wilnie?
— Nie ciągle, rzekł Gustaw prędko, korzystając z dobrych skłonności kuzynki, teraz właśnie jadę ze Żmudzi.
— Ot, chwałaż Bogu, to przynajmniéj mi powié co tam słychać. Czy też panna Małgorzata Wiertelis wyszła za mąż? Zmiłuj się po-