Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Karol.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żebym ja uwierzyła że Sędzia może być oszustem.
— Ależ siostruniu, ten Sędzia, to nie Sędzia! On się gniéwa na mnie i tylko przez złość tak do mnie, przez zazdrość. Puść mnie proszę, to się ze wszystkiego wytłumaczę.
— A broń Boże! da nie puszczę! tłumacz się kiedy chcesz przeze drzwi! Jezu Chryste! nie wpuszczę za nic!
— Ten pan Sędzia, mówił Karol, zły jest na mnie, że ja odkryłem i okazałem kilka jego oszustw, a teraz wszędzie chodzi, nagadując na mnie niestworzone rzeczy i wymyślając dziwne awantury.
— O! ho! nie wierzę!
— Ale na honor jak mi Bóg miły, to on sam, gdzieś siostrunię zobaczył, zakochał się, chce się żenić i dla tego mnie interessa psuje.
— Aha! da! da! także gadaj! to to może być! A ja zaraz postrzegłszy bratuniu, że to tak! kiedy tak to chodźżeż. — Albo nie (zatrzymała się otwierając drzwi) poczekaj, a nie ty to uwiodłeś Hrabiankę Izabellę.
— Ja? ja nie znam żadnéj na świecie Hrabianki.