Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Karol.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cóż to jest? siostrunia, co to ci się stało? odezwał się głos z za drzwi.
— Porzuć, porzuć udawać zwodzicielu! Taż to ty zabiłeś żonę pana Sędziego i zrobiłeś awanturę z Hrabianką. A nie pójdziesz ty precz! Jezu Chryste! Dam znać zaraz do Izby Skarbowéj, to cię wezmą i w dybki okują.
— Ale na honor siostruniu, tego przyjęcia nie pojmuję.
A! a! nie pojmuje! Oho! nie głupiam! nie puszczę cię tu więcéj! noga tu twoja nie powstanie! Idź precz! idź przecz!
— Widać że chyba przez zazdrość któś siostruni na mnie nagadał.
— Przez zazdrość! co za chwilut! byleby jaki wykręt znalazł, a na moją niewinność pastkę stawi.
— Ależ siostro! nie przywodź mnie bez przyczyny do rospaczy.
— Bez przyczyny! kiedy mówię że był u mnie pan Sędzia i nagadał mnie żebym się ostrzegała Wasana. Ruszaj precz, ruszaj!
— Był tu Sędzia! cha! cha! zawołał głos z za drzwi — Sędzia ten, to oszust pani siostro.
— Da, czy ty mnie masz za taką głupią,