Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Karol.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


skradał, to i to może na dészcz. Czegoż wzdychasz Karolu? Da dalbóg niepojęty człowiek, ani jemu wybić z głowy téj miłości; siadajże Pucętku, co tam słychać?
— Najniższy sługa, nic Mościa Ździko; Asindźka nie uważa, że zacny jéj kuzyn, cóś, niejako, jak gdyby był w złym umorze?
— Mój taki zwykły humor, rzekł Karol kwaśno i dumnie, ledwie mogąc pokryć wewnętrzne nieukontentowanie.
— Zwykły, otoż i niezwykły, odezwała się Panna Hermenegilda z uśmiechem figlarnym i pełnym zaufania w sobie. Jak ja dam rękę do pocałowania to się i rozweseli. No, no, chodź już, chodź, co robić, pocałuj, a rozwesel się!
Na tak czułą odezwę pośpieszył, choć w sercu pękał od złości Karol i ucałował, a raczéj poślinił końce podanych mu paluszków, wyglądające zpod brudnéj duńskiéj rękawiczki, usiłując natychmiast przybrać wesołość, w chęci i nadziei przypodobania się twardéj Pannie Hermenegildzie.
— No, cicho, sza, fi! Czy nie zagramy w marjasza do puli, Pucętku?