Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 74 —

— Ej! ej! pusta z was młodzież, nie tak to za naszych czasów bywało. Mój nieboszczyk, świeć Panie nad duszą jego, pięć lat patrzał na mnie, słowa się nie ważąc powiedzieć.
— Szanowna pani, — odparł Konrad niewszyscy mają tak dobrze zamknięte usta. Ale raczcie mi powiedzieć, przez te pięć lat czyście nie domyślali się nic? czyście go nie rozumieli tak dobrze, jak gdyby codzień wam jedno powtarzał?
Ciocia uderzyła go z lekka wachlarzem po ręku.
— Cichoż! psotniku jakiś! cicho! bałamucie, gorszysz mi dziecko.
Ale czy ją wspomnienie nieboszczyka rozczuliło, czy łagodność Konrada znalazła w jej sercu furtkę do wyrozumiałości, dosyć, że nie zważała prawie, iż Cazita po cichu, śmiejąc się, szeptała coś do Polaka, a Polak jej żywo, gorąco odpowiadał.
Ciotka zamyślona patrzała na niebo gwiaździste, szukając w niem może swojego nieboszczyka.
Rozmowy tego rodzaju gdy spisywać przyjdzie, należałoby notować jakiemiś osobnemi znakami, tak je trudno ująć w słowa, określić znaczenie, które im uśmiech, głos, ruch nadają. Zostają one nawet w pamięci dwojga łudzi, jak jakaś muzyka, której się pomni melodję na zawsze, nie wiedząc z czego się składała.
Ciocia nareszcie przypomniała oczekującą u brzegu na Piazecie gondolę, a Konrad odprowadził je aż do łódki. I gdy wiosła odniosły na kanał gondolę, zapatrzył się na posrebrzone wody, na świecącą ognikami jak gwiazdkami Giudeccę.
Stał tak a patrzał, gdy go ktoś uderzył po ramieniu z lekka.
Odwrócił się — przed nim był płaszczem okryty, w kapeluszu na oczy nasuniętym, słusznego wzrostu mężczyzna, z postawy sądząc, młody... nieznajomy...
— Przepraszam, — rzekł — pan mnie nie znasz, ja zaledwie wiem, żeś cudzoziemiec i kto jesteś; ale jeśli to panu zbytniej przykrości nie zrobi, prosiłbym go o chwilę rozmowy.
Konrad nie był ani podejrzliwym, ani tchórzem, jakkolwiek noc była późna, a plac się opróżniał, miał swą szablę u boku. Nie uląkł się więc bynajmniej dosyć podejrzanego zaproszenia.
— Służę panu, — rzekł — ale mam ten zwyczaj, że lubię wiedzieć z kim mówię, i chcę być znanym temu, kto mnie zaczepi. Jestem szlachcic wenecki i szlachcic polski Konrad Lippi de Buccellis... do usług.
Skłonił się.
Nieznajomy zdjął kapelusz z głowy, i odkrył twarz piękna, młodą, męską, ogorzałą, rysów szlachetnych...
— Ja także, — odparł — imienia się swojego nie wstydzę, ani ukrywać lubię. Jestem Gabrjel Antonio Sabrone; nie szlach-